poniedziałek, 8 kwietnia 2013

Wodospady Ouzud

Kolejny dzień dzień pobytu w Maroku zaczynamy dość wcześnie. Szybki poranny prysznic i ruszamy po coś na śniadanie.W lokalnym sklepiku nabywamy dla każdego po małym chlebku z sezamem i jogurcie "Smoozy". Będzie to nasze standardowe śniadanie przez większość pobytu w Maroku.
Po pierwszym intensywnym dniu zwiedzania Marrakeszu, postanawiamy trochę odetchnąć od zgiełku miasta i zabytków. Właściciel hoteliku w którym nocujemy podpowiada nam by wybrać się na jakąś wycieczkę poza miasto i poleca nam swojego znajomego, który zajmuje się organizacją takich wypadów. Po ostrzeżeniach znajomych o naciąganiu turystów jesteśmy sceptycznie nastawieni do tego pomysłu....zgadzamy się jednak zobaczyć co może nam zaoferować. Okazuje się , że jest to zorganizowane biuro turystyczne. Po krótkiej rozmowie i przejrzeniu katalogu z ofertami, okazuje się, że jeszcze tego samego dnia możemy się wybrać na wypad do Wodospadów Ouzud. Co prawda nie mieliśmy ich w planie, ale skuszeni zdjęciami i relatywnie niewielka ceną postanawiamy się wybrać na podziwianie tego cudu natury. Godzinę później pakujemy się więc do wynajętego busika i ruszamy. Busem pędzimy ok. 150 km na północny wschód od Marrakeszu. Po niecałych trzech godzinach docieramy do małej górskiej wioski Aït Attab leżącej gdzieś pomiędzy Atlasem wysokim i średnim. To tu własnie leży ta jedna z najpiękniejszych atrakcji w Maroku. Busik zatrzymuje sie na niewielkim parkingu przy zajeździe. Zgodnie z informacją kierowcy wodospad jest tuż za zajazdem. Wędrujemy więc kierując się odgłosem spadającej wody. Po drodze czekają już na nas lokalni przewodnicy, którzy za "drobną" opłata oferują pomoc w dotarciu do wodospadu. Po dwustu metrach docieramy jednak sami nad wodospad. Widok zapiera dech w piersiach. Tuż za niewielkim domkiem wychodzimy na wąską na 1,5m półkę, tuż nad progiem mierzącego 110m wodospadu Ouzoud. Wrażenie jest niesamowite i mrozi krew w żyłach. Od przepaści nie oddzielają nas żadne zabezpieczenia czy choćby najzwyklejsze barierki  W Europie coś takiego byłoby niemożliwe....ot kolejny Afrykański smaczek :)

Na krawędzi,  foto by  © Wojtek A.

Sam wodospad składa się z z dwóch głównych kaskad z czego większa mierzy 75m wysokości. Wodospad leży na rzece Wadi el-Abid której nazwa oznacza Rzekę Niewolników. Zaś nazwa wodospadu pochodzi od berberyjskiego słowa oznaczającego drzewa oliwne, które rosną w całej okolicy wodospadu.

Widok z progu wodospadu,  foto by  © Wojtek A.
Jeden z towarzyszących nam przewodników wskazuje na ścieżkę wiodącą dookoła wodospadu i oferuje że oprowadzi nas po okolicy i zaprowadzi do podstawy wodospadu za jedyne 300 dirhamów. Problemem jest jednak fakt, że angielski nie jest jego mocną stroną i proponuje, że może nam opowiadać po włosku. Wychodzi z nas więc polska natura...widzimy przecież ścieżkę wiodąca w dół  i mamy ją na wyciągnięcie ręki. Dlaczego zatem mamy płacić za oprowadzanie, zwłaszcza, jeśli i tak niewiele zrozumiemy. Spławiamy więc przewodnika i postanawiamy samemu obejść wodospad, wspierając się przy tym opisem trasy w przewodniku. Ruszamy w stronę zejścia. Żeby dostać się na ścieżkę musimy jedynie przekroczyć niewielką z pozoru rzeczkę. Z uwagi na silny nurt nie jest to jednak wcale łatwe. Szukamy więc jakiegoś brodu, lub miejsca gdzie rzeka jest najwęższa aby można ją było przeskoczyć  Po kwadransie szukania dajemy jednak za wygraną. Ze spuszczonymi głowami wracamy na poszukiwania naszego przewodnika. Niestety nasz "Włoch" gdzieś zniknął, a czas nieubłaganie mija. Kierowca busa dał nam jedynie 3 godziny. Potem będziemy musieli wracać.

W końcu pojawia się Ahmed - kolejny lokalny oprowadzacz, który oferuje swoją pomoc za podobną kwotę. Na szczęście jego angielski jest świetny. Nie zastanawiamy się więc długo i po krótkich negocjacjach cenowych ruszany na "walk around". Podążając za naszym przewodnikiem odkrywamy wkrótce, że  aby przejść na drugą stronę rzeki trzeba się cofnąć kilkaset metrów do leżącego w centrum wsi mostu. No cóż gdybyśmy to wiedzieli wcześniej.....



Wprost z wioski kierujemy się w stronę ścieżki, przechodząc przy okazji przez gaje oliwne, od których swą nazwę wziął wodospad.  Po drodze Ahmed opowiada nam trochę o historii okolicy. W sumie okazuje się, że jego towarzystwo i opowieści miło uzupełniają wędrówkę i podziwianie piękna wodospadu. Udaje nam się także wypatrzeć mieszkające w skalnych ścianach małpy. Stopniowo obchodzimy wodospad kierując się w dół kanionu. Zejście zajmuje nam jakąś chwilę. Dochodzimy do rzeki, po czym zawracamy w stronę wodospadu. Lawirując między meandrującym potokiem, co rusz przechodzimy lub przeskakujemy z jednej strony rzeki na drugą. Nurt jest wartki a skały mokre, więc przydają się dobre buty trekkingowe. My nierozważnie wybraliśmy się sandałach. Na szczęście obyło się bez kontuzji. Nie mniej przy jednej z prób przekraczania rzeki gubię kilka drobiazgów, które wypadły z niedomkniętego plecaka. Niestety jednym z elementów jest szybkozłączka statywu, co przekreśla jego dalsze używanie w trakcie wyprawy. Jak pech to pech. Od tej chwili trzeba sobie będzie radzić już tylko z ręki....



Po drodze przechodzimy także przez obozowisko małej komuny artystów i buntowników, którzy upodobali sobie tę okolicę. Malują, rzeźbią, lepią w glinie i generalnie palą dużo Ziela, które pomimo wyraźnych działań rządu jest w Maroku dość popularne ...ot taki hipisowski klimat. Fajne jest to, że ścieżka wiedzie czasem wprost przez ich namioty, co im w ogóle nie przeszkadza i nic sobie z tego nie robią. Można więc pogadać i dosłownie zobaczyć jak żyją.


W końcu po ok. godzinie wędrówki docieramy dnem kanionu do podstawy wodospadu. I znów wrażenie ścina z nóg. Wysokość kaskad i huk spadającej wody  przytłacza.  To jednak dopiero początek atrakcji. Za jedyne 10 dirhamów możemy na małej tratwie  popłynąć prawie pod samo czoło wodospadu. Tratwa zbita jest z metalowych beczek, do których przytwierdzono kawałek drewnianej podłogi, na której ktoś luźno poustawiał zwykłe krzesła. Całość otaczają zaś zbite z desek "barierki". Pomysł podpłynięcia na tym pod sam wodospad wydaje nam się równie szalony jak skok z samolotu ze zwykłym parasolem. Jako że wszyscy w ekipie lubimy takie atrakcje, nie moglibyśmy odpuścić sobie tej przyjemności....

Tratwy, foto by  © Wojtek A.

Huk wody ogłusza, a naszym małym "Titanikiem" kręci  w kółko. Jest extra. W powietrzu unosi się delikatna wodna mgiełka.  Szkoda, że niebo tego dnia jest zachmurzone,bo byłaby okazja do podziwiania pięknej tęczy. Podpływamy na kilka metrów od spadającej wody. Wrażenie jest genialne...zdecydowanie warto było.
Rejs, foto by  © Wojtek A.

Lekko zmoczeni wracamy na suchy ląd. Czas ruszać dalej. Ahmed prowadzi nas z powrotem w górę wodospadu. Po drodze niby przypadkiem zahaczamy o restaurację nad wodospadem, gdzie możemy coś przekąsić podziwiając jednocześnie piękno okolicy. Ot, taki mały układ między naszym przewodnikiem a właścicielem restauracji. Nie jesteśmy szczególnie głodni, ale ponieważ nie jest drogo, decydujemy się coś zjeść. Po chwili na stół wjeżdżają Tadżiny. Najlepsze jakie jedliśmy w czasie całego pobytu w Maroku.Warto więc było się skusić.

Powoli kończy nam się czas, ruszamy więc w górę. Od restauracji ścieżka zamienia się w zwykłą kamienną dróżkę. Za jednym z zakrętów wpadamy wprost na buszującą na ścieżce grupę Magotów - małych małp zamieszkujących tylko w niektórych regionach Maroko i Tunezji. Małpy zupełnie się nas nie boją i pozwalają podejść do siebie na wyciągnięcie ręki. Nie mogę przepuścić okazji i sięgam po aparat. Migawka pracuje jak szalona. Reszta postanowiła dokarmić małpy prowiantem który taszczymy w plecakach. Małpy tylko na to czekały. Nie robią jednak wielkiej afery i nie kradną wszystkiego jak ich gibraltarscy kuzyni. W między czasie pojawia się także marokańska para. Widząc całą scenę wpadają na podobny pomysł, ale że nie mają że sobą żadnego jedzenia próbują dawać małpom liście zerwane z drzew.
Małpy nie są jednak takie głupie i zaczynają się odgrażać, w końcu wybucha ogólna awantura i jedna z małp prawie atakuje kobietę. Parka daje za wygraną. My także ruszamy w dalszą drogę. Na parking docieramy lekko spóźnieni, kierowca jednak nie miał wyjścia i musiał chwilkę zaczekać. Żegnamy się z Ahmedem, wręczamy mu mały bonus za fajnie spędzony czas, pakujemy się do busa i ruszamy w drogę powrotną do Marrakeszu.





Pomimo, że nieplanowany, wypad nad wodospad okazał się jedną z najlepszych atrakcji pobytu w Maroku. Jeśli tylko kiedyś będziecie mieli okazję, to zdecydowanie warto tam zajrzeć...

Ekipa

PS. Praca ostatnio pochlania mnie bez reszty stad opóźnienia i przerwy w publikowaniu....